Ober Sattla
Przejazd do Täsch
Rankiem następnego dnia tj. 25 sierpnia udaliśmy się autokarem w nieco dalszą podróż. Również jechaliśmy przez Stalden, ale przez to miasteczko należy przejechać, aby przedostać się z doliny Saastal do Matterta – i to właśnie ta druga miała tego dnia być naszą największa atrakcją. Oczywiście jak zawsze podczas podróży mogliśmy się wiele dowiedzieć, ponieważ mikrofon przejechała przewodniczka Ania, która w bardzo interesujący sposób opowiadało o tych alpejskich terenach.
Nasze dodatkowe plany
Tego dnia mieliśmy podobnie, jak poprzedniego również pokonać parę kilometrów doliny (tym razem Mattertal) na wysokości mniej więcej 2100 – 2200 m n.p.m. I podobnie jak wczoraj mieliśmy z Asią plan, by w jednym miejscu odbić ze szlaku i wznieść się na pułap 2700 metrów, aby zdobyć przełęcz Ober Sattla. Ściślej mówiąc mieliśmy z Täschu przejść górami do Zermattu.
Ogólnie to Zermatt jest niedostępny dla ruchu samochodowego i jeśli chodzi o komunikacje publiczną to można się do niego dostać tylko pociągiem. W miejscowości Täsch w pobliżu dworca kolejowego jest wielki parking, przy którym wypuścił nas nasz autobus, a po przejściu tej trasy mieliśmy z powrotem w to samo miejsce wrócić właśnie pociągiem.

Ostra wspinaczka na wschodnią część doliny Mattertal
Po opuszczeniu autokaru udaliśmy się w kierunku żółtego szlaku, który nazywał się Kummenweg. Aby do niego dojść musieliśmy dosłownie przecisnąć się przez teren kościoła i lokalnymi ulicami miasteczka Täsch. Po przejście niecałego pół kilometra dotarliśmy już do terenów łąkowo-leśnych i tam od razu nasz szlak zaczął się mocno piętrzyć.
Musieliśmy się więc mocno napocić, by na dystansie 0,6 km zrobić pod górę 220 metrów. Nie było to oczywiście końcem wspinaczki, ale wówczas znaleźliśmy się w przy kaplicy, od której to nasz szlak robił się mniej stromy. A tak szczerze, to właśnie w tym miejscu go opuściliśmy by po przejściu ponad 600 metrów asfaltową drogą, wejść na inny który już miał nas doprowadzić do docelowego szlaku Europaweg.
Na drodze było kilka serpentyn, które można było ominąć skrótami. I to właśnie po przejściu jednego ze skrótów ekipa prowadząca składająca się z wielu ścigaczy i ścigaczek czekała przy drodze, bo dalsza część tego szlaku była zagrodzona. Wówczas komunikowali się oni z przewodnikiem Piotrem za pomocą krótkofalówek i po uzyskaniu zgody ruszyli wszyscy przez wyłączony z ruchu odcinek. Gdybyśmy tego nie zrobili to czekała by nas nieco nużąca droga prowadząca do osady Ottafe lub próba wbicia się na Europaweg przez Eggenstadel. Osadę Ottafe również mieliśmy tego dnia odwiedzić, ale Piotr chciał byśmy tego dokonali okrężną drogą, a nie dojściem do niej bezpośrednio.


Ucieczka przed peletonem
Poziom szlaku Euroweg osiągnęliśmy około godziny 9 czyli mniej więcej po godzinie od rozpoczęcia naszej wędrówki z centrum Täsch. Od tego momentu mogliśmy zwiększyć prędkość, bo poruszaliśmy się teraz w miarę równym terenie z niewielkimi wahaniami wysokości. Pomimo iż braliśmy aktywny udział w ucieczce, to tym razem nie byliśmy pierwsi – wyprzedzała nas czwórka ścigaczy. 🙂
Pierwszy widok na Matterhorn
Początkowo wędrowaliśmy dosyć gęstym lasem, ale w pewnym momencie, gdzieś pomiędzy drzewami ukazał się On – Matterhorn. Góra, którą wielokrotnie podziwiałem na zdjęciach i filmach i nigdy nie przypuszczałem, że zobaczę ją na żywo. Tego dnia mieliśmy jeszcze go zobaczyć pierdyliard razy, ale to pierwsze spojrzenie było kluczowe.





Dotarcie do Ottafe
Dystans 2,5 km od pojawieniu się na szlaku Europaweg do wioski Ottafe zajął nam około godziny marszu. Pewnie byłoby szybciej gdyby nie bardzo ładne widoki, które zaczęły się pojawiać kiedy przerzedził się las i pojawiło się więcej łąk. Głównym aktorem wiadomo że był Matterhorn, ale po drugiej stronie doliny Mattetal również pięknie prezentowały się wysokie szczyty ze swoimi lodowcami. Dodatkowo kiedy już byliśmy blisko Ottafe to przed nami pojawiło się wzniesienie z przełęczą Ober Sattla, na którą chcieliśmy się wdrapać.


Wyjście na Ober Sattla
W miejscu w którym wyjściowy szlak odbija od Europaweg dogoniliśmy naszych ścigaczy i to my pierwsi rozpoczęliśmy wyjście na tę przełecz. A tak w ogóle to na początku nie wiedzieliśmy, gdzie oni idą, bo to że cisnęli ile fabryka dała, to było wiadomo, że podobnie jak my, chcą coś zrobić ponadprogramowego. Jednak długo nie musieliśmy się nad tym faktem zastanawiać, bo kiedy kawałek wyżej, to my zrobiliśmy sobie przerwę, to oni nas przegonili. 🙂

Następnie rozpoczęliśmy wspinaczkę za naszymi ścigaczami, ale nie zdołaliśmy już ich dogonić. Szlak prowadził nas najpierw mniejszymi, a potem większymi zygzakami pośród traw, kamiennych łąk i płytnik żlebów. Całość czyli dystans ok. 1,5 km pokonaliśmy w nieco ponad godzinę.


Z przełęczy Ober Sattla rozciągał się dosyć okazały widok na w zasadzie wszystkie kierunki świata, jedynie od strony południowej był on mocno ograniczony szczytami Sattelspitz i Bösentrift. Wiadomo że najbardziej rozpoznawalną górą w tego miejsca był Matterhorn, ale od wschodu dobrze było widać Täschhorn, Alphubel, Allalinhorn, a także chyba Rimpfischhorn. Natomiast od zachodu doskonale prezentowały się Mettelhorn, Zinalrothorn, Schalihorn i Weisshorn. Oczywiście na tle Matterhornu robiliśmy sobie wszyscy zdjęcia – ścigacze nam i my ścigaczom. Potem oni poszli tam jeszcze wyżej na taką wyższa platformę widokową, przy której znajdował się krzyż.



Zabroniony trawers
Natomiast naszą uwagę przykuł znak informujący o zamknięciu szlaku ze względu na spadające kamienie. Zostawiając plecak na przełęczy poszedłem z leksza obadać teren i pomimo iż wydawało mi się, że zapuściłem się daleko, to jednak nie doszedłem do kluczowego miejsca. 😉
Po przerwie przeznaczonej na jedzenie, picie i toaletę ruszyliśmy więc na zakazany odcinek szlaku. Szybko przeszliśmy fragment, który sam wcześniej sprawdzałem – trzeba było trochę używać rąk, ale nie było tam żadnego bardziej wymagającego miejsca. Jednak chwilę później, kiedy zeszliśmy ze skałkowej części trawersu, zobaczyliśmy średnio ciekawy żleb, który wyglądał jak jedna wielka zjeżdżalnia. Pomyślałem wówczas: „Szkoda że nie dotarłem do tego miejsca, bo pewnie stwierdziłbym, że nie chce po tym chodzić”. Noo ale już się to stało, więc teraz ciężko byłoby się z tego wycofać. Ogólnie nie było to takie trudne, tyle że trochę mi to przypominało Wielki Kuluar pod Mount Blanckiem (który widziałem jedynie na filmach), z tym że tutaj na nas nie leciały żadne kamienie. 🙂 Ale za to mogliśmy bardzo łatwo jakiś strącić i niestety raz ja jeden zrzuciłem – mam nadzieje że nikogo nie trafił. Problemem było to że pod tym żlebem był szlak Europaweg, którym szła większość naszej grupy. W tym miejscu najbardziej żałowałem, że nie mam kijków, bo one w takich miejscach są nieocenione.

Bardzo się więc ucieszyłem, kiedy w końcu pokonaliśmy wszystkie te ruchome fragmenty trawersu. Tam zrobiliśmy sobie kolejną przerwę, podczas której zeszło ze mnie całe napięcie – bo reszta szlaku to już była trasa rekreacyjna.




Dogonienie końcówki grupy i Ani
Około godziny 13:15 dotarliśmy ponownie do szlaku Europaweg i tam natrafliliśmy na końcówkę naszej grupy z przewodniczką Anią zamykającą pochód. Przez następne 1,3 km szliśmy z nią na końcu grupy. Asia wypytywała Anię o ciekawe formacje na zboczach gór, które okazały się obiektami infrastruktury stanowiącą ochronę przed lawinami. Słuchając ciekawych opowieści Ani błyskawicznie dotarliśmy do schroniska Tufternhütte. Tam też znajdowała się większość naszej grupy.

Małe co nieco w Tufternhütte
W tym schronisku na tarasie mieliśmy kolejną większą przerwę podczas której wypiliśmy kawę i coś w rodzaju oranżady, bo piwa radlerowego nie mieli. 😉 W przeciwieństwie do większości naszych kolegów i koleżanek nie siedzieliśmy w tym miejscu za długo. Chcieliśmy do Zermattu zejść nieco okrężną drogą, a nie tą najkrótszą (jak większość ekipy), która prowadziła od razu ze schroniska.

Ciekawe kolejki i jeziorko Leisee
Ruszyliśmy więc bardzo przyjemną drogą prowadzącą w stronę jeziorka Leisee. Szło się nam nią naprawdę bardzo przyjemnie, ale podczas tej podróży musieliśmy przepuścić parę samochodów. Idąc mijaliśmy sporo ludzi w różnym wieku, co nas utwierdziło w przekonaniu że jest to bardzo rekreacyjna trasa wokół Zermattu.
Po około pół godzinnym marszu dotarliśmy w końcu do jakiegoś centrum kolejkowego, w którym znajdowała się cała masa różnych ciekawych kolejek i wyciągów. Trzeba przyznać, że pod tym względem to Szwajcarzy mają rozmach.
Kawałek obok znajdowało się jeszcze bardzo przyjemne dla oka jezioro Leisee, ale z racji dużego natężenia ruchu za długo przy nim nie siedzieliśmy.

Ostre zejście do Zermattu
Po zwiedzeniu wszystkich kolejek i jeziorka ruszyliśmy w drogę powrotną czyli na zejściowy szlak prowadzący do Zermattu. Początkowo prowadził on szerokim i nie za bardzo stromym terenem, ale kiedy minęliśmy rejon Ze Gassen to zaczął się robić coraz to ciekawszy. Początkowo się zwęził i zaczął prowadzić nas umiarkowanie stromym zboczem wąwozu Findelbach, a następnie wszedł nagle w strome i krótkie serpentyny.
Przy czym to że były strome sprawiło, że już o godzinie 15:15 znaleźliśmy się tuż obok stacji Findelbach, a następnie skierowaliśmy się do centrum Zermattu.

Lody, relaks i przejazd pociągiem do Täsch
Trochę zajęło nam zanim się tam naprawdę znaleźliśmy, ale w końcu się udało. Tak samo jak udało nam się w końcu znaleźć jakiś sklep, by zrobić niezbędne zapasy na następny górski dzień. Potem w ramach rekompensaty zjedliśmy lody które chyba kosztowały nas 2 razy po 50 zł, ale warto było, bo były dobre.
Następnie udaliśmy się na dworzec na zbiórkę – tam przewodnik Piotr pomagał nam zakupić bilety na pociąg do Täsch i gdy nadeszła właściwa pora to pojechaliśmy nim tam gdzie mieliśmy pojechać.