Mittaghorn
czyli moje pobicie rekordu wysokości w górach
Kolejny dzień zapowiadał się nawet bardziej emocjonująco od tego poprzedniego, bo mieliśmy w nim przejść przez kawałek prawdziwego lodowca, a także zdobyć bardzo ładnie położone schronisko Britanniahütte – dokładnie tak Piotr Żuk reklamował trzeci dzień naszych górskich zmagań w Alpach Walijskich.
Przejście lodowca Chessjengletscher
Jednak zanim do niego dotarliśmy, to czekała nas krótka autobusowa podróż do Saas Fee, by następnie za pomocą podwójnej gondoli dostać się w miejsce, który nazywało się Felskinn. I to właśnie idąc od górnej stacji tej kolejki w stronę przełęczy Egginerjoch musieliśmy pokonać ten kawałek lodowca Chessjengletscher. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że jego przejście może dostarczyć trochę emocji, ale potem okazało się że jest tam na tyle wyrobiona ścieżka, że praktycznie nie istniało żadne ryzyko poślizgnięcia.
My z Asią i tak pokonaliśmy go jeszcze przed grupą, bo zależało nam na szybkim zdobyciu przełęczy Egginerjoch i ogólnie w miarę szybkim dostaniu się w rejon schroniska Britanniahütte.
Był kwadrans po dziewiątej kiedy ruszyliśmy przez ten płat ubitego, ale też lekko rozmokniętego śniegu.

Podchodząc pod Egginerjoch bardzo ciekawie i groźnie prezentowały się strome skały opadające z południowego ramienia Egginera w kierunku przełęczy. Na niej się nawet nie zatrzymywaliśmy tylko od razu ruszyliśmy w dół w stronę niewielkiej równiny z niedużymi jeziorkami. Teren, w którym się one znajdowały był stosunkowo równy, ale widać było, że jeszcze nie tak dawno znajdował się tutaj lodowiec. A lodowce w Szwajcarii niestety szybko znikają, odpowiednie służby próbują coś z tym zrobić przykrywając te ważniejsze odpowiednimi płachtami, by chronić je przed słońcem, ale jaką to ma skuteczność to nie mam pojęcia.

Zdobycie Klein Allalina i Britanniahütte
Wracając do mojej opowieści… to kiedy osiągnęliśmy dno tej równiny to z niej bardzo ładnie widać było bryłę schroniska Britanniahütte, do którego zmierzaliśmy. Po pokonania mieliśmy około 1,2 km dystansu, a pod górę niecała 170 metrów – nie było to więc dla nas jakieś wielkie wyzwanie. Około godziny 10:30 udało nam się osiągnąć okolice schroniska, ale nie podchodziliśmy do niego, tylko od razu ruszyliśmy na wierzchołek Klein Allalinu, który osiągnęliśmy 10 minut poźniej. 🙂






Warto było tam się znaleźć, bo widoki z tego na pierwszy rzut oka – niepozornego szczytu były bardzo ciekawe. Kapitalnie było widać schronisko Britanniahütte, zaporę i jezioro Mattmark, a także prawdziwe gwiazdy szwajcarskich Alp czyli Allalinhorn, Feechopf oraz Rimpfischhorn z wielkim lodowcem Allalingletscher’em. Po drugiej stronie znów było widać szczyty, które były położone bardzo blisko szwajcarsko-włoskiej granicy lub na niej samej, takie jak: Joderhorn, Pizzo Mondelli, Spechhorn, Stellihorn.
Na szczycie nie spędziliśmy zbyt wiele czasu, bo po pierwsze nie było tam zbyt wiele miejsca, a liczba ludzi przyrastała wykładniczo, a po drugie chcieliśmy jeszcze tego dnia zdobyć coś ciekawszego. 🙂




Po chwili więc zeszliśmy do schroniska, by zobaczyć jak ono wygląda z bliska, by po paru minutach już być z powrotem na zejściu z niego. Ogólnie to nie wymyślaliśmy niczego szczególnego – po prostu chcieliśmy iść szybciej w kierunku Plattjen. Co prawda po drodze była opcja by odbić w kierunku Mittaghorna, ale na tą chwilę nie było to jeszcze takie pewne. Ogólnie to przewodnik Piotr przekazał nam przed wycieczką, że gdzieś wyczytał, że odcinek szlaku przebiegający wschodnimi trawersami Egginera i Mittaghorna jest zamknięty. Ale nie wiedział na 100% czy tak faktycznie jest, choć już na przełęczy Egginerjoch znaczki wskazujące na szlak w kierunku Plattjen były dziwnie zasłonięte, więc możliwe że coś było na rzeczy, ale chcieliśmy się o tym przekonać na własne oczy.


Zamknięty szlak w stronę Plattjen
Zatem zeszliśmy w normalnym tempie z powrotem do tej polodowcowej kotlinki ze stawkami i skręciliśmy w na północny-wschód w kierunku wschodniego trawersu Egginera. Co ciekawe szlak przez 300 metrów prowadził nas po ciekawej skalisto-kamiennej grobli – a ja lubię chodzić po takim terenie, bo przypomina mi taką grań położoną w dolinie – ciekawa sprawa. 🙂
Idąc tak sobie trafiliśmy na dwa węzły szlakowe – najpierw na ten który sprowadzał szlak bezpośrednio w przełęczy Egginerjoch z pominięciem zagłębiania się w kotlinkę z jeziorkami, a drugi to ten zejściowy prowadzący serpentynami z dół do Saas-Almagell, którym jak się potem okazało schodziła nasza grupa do doliny Saastal.
Na tym drugim skrzyżowaniu również był zasłonięty drogowskaz szlakowy skierowany w stronę Plattjen – wówczas już byliśmy niemal pewni, że ten odcinek szlakowy jest zamknięty. Jednak przypominając sobie poprzedni dzień, w którym również wędrowaliśmy przez zamknięty szlak, wiedzieliśmy że chcemy i musimy spróbować tamtędy przejść. Zejście w tym miejscu do doliny, byłoby średnim pomysłem, bo wówczas ta wycieczka byłaby bardzo krótka, a my jeszcze nie chcieliśmy schodzić na dół.

Odbiliśmy więc, za zakazany odcinek szlaku i już na początku musieliśmy używać rąk by wyjść na trawiasty fragment trawersu. Jednak po przejściu ok. 0,5 km pojawiło się więcej kamieni i skałek, które jak się potem okazało na dłużej z nami zostały.

Idąc tym trawersem zastanawialiśmy się dlaczego jest on zamknięty, bo nigdzie nie widać, by jakiś fragment szlaku był uszkodzony. Nie było ani tu żadnego obrywu, ani sypiącego się żlebu, podobnego to tego który musieliśmy pokonywać poprzedniego dnia podczas zejścia do Zermattu.
Trawers ten nie był taki jednorodny czyli także że szło się tylko zboczem, a były na nim również przejścia przez takie jakby żeberka czyli przejście przez ramienia opadające z szczytów. Właśnie tam gdzie kończył się trawiasty trawers przechodziliśmy przez jedno z takich ramion – to było dokładnie wschodnie ramię opadające z Egginera. Po niecałym kilometrze dalszego szlaku, w którym pokonaliśmy wielkie kamieniste zbocze dotarliśmy do kolejnego żeberka, które było utworzone z ramienia opadającego z południowej części masywu Mittaghorna.
Było to trochę wąskie przejście, na którym trzeba było zachować większą czujność. Ale były tam też rozpięte linki, których się można było trzymać. I każda z tych linek było przymocowana kotwami do skał. Jednak jedna z tych skał się oderwała i leżała na szlaku i dlatego linka prowadziła trochę pod nogami, ale cały czas była nieprzerwana i można się jej było trzymać. Tym samym dostaliśmy odpowiedź dlaczego ten fragment szlaku został zamknięty – ale powiem szczerze, że szwajcarska służba, która zajmuje się tego typu sprawami musi być strasznie dokładna – bo ja już widziałem szlaku, które były dużo bardziej rozwalone, a cały czas można było po nich legalnie chodzić. 🙂

Zdobycie Mittaghorna
Niecałe 0,5 km po przejściu uszkodzonego żeberka znaleźliśmy się przy odbiciu na Mittaghorn. Powiem szczerze, że mi się średnio chciało na niego wychodzić, ale uległem namowom Asi i poszedłem razem z nią w kierunku szczytu. 🙂
Już od samego początku nie było łatwo, bo było bardzo stromo, a do tego pod nogami było sporo kamiennego dziadostwa, na którym niekiedy ciężko było utrzymać równowagę. Najbardziej żałowałem, że nie mam ze sobą swoich kijków trekkingowych, bo tutaj by się sprawdziły idealnie. 🙂
Ogólnie do podejścia mieliśmy niecałe 2 km, ale za to różnica wysokości była zacna, bo było to prawie 530 metrów. Może te liczby nie powalają, ale naprawdę dosyć ciężko nam się tam szło. Wychodziliśmy tam chyba z godzinę, niestety ale z wyjścia nie mam żadnych zdjęć. Ale jak już zdobyliśmy szczyt to się cieszyłem, że dałem się Asi namówić, bo widoczki z Mittaghorna były naprawdę ładne. Około 14:10 zdobyliśmy tę górę.
Przede wszystkim ciekawie prezentował się Egginer i grań prowadząca w jego kierunku – ale powiem szczerze, że nie wyglądała za łatwo. Tuż obok po lewej od niego doskonale widoczne było schronisko Britanniahütte z na lewo od niego położonym Klein Allalinem, który wyglądał stąd jak jakieś wzgórze. 😀

Wyciąg którym wyjeżdżaliśmy na Felskinn również był doskonale widoczny tutaj z góry wraz z otaczającymi go szczytami takimi jak: Dom, Täschhorn czy Alphubel.
Na koniec od północy w dole znajdowały się nasze miejscowości Saas-Fee i Saas-Grund oraz górujący nad nimi Weissmies i Lagginhorn.
Oprócz tego na wierzchołku Mittaghorna znajdował się stalowy krzyż, a na kamieniu obok była tablica z jego fundatorami. Z racji że nikogo tam nie było znajomego, to przeszli koło niej bardziej obojętnie. 🙂
A i najważniejsze, bo już prawie o tym zapomniałem, wraz ze zdobyciem tego szczytu, który mierzył 3143 m n.p.m. poprawiłem rekord swojej wysokości w górach.




Zejście do Saas-Fee i Saas-Grund
Na szczycie spędziliśmy około pół godziny zanim rozpoczęliśmy powolne zejście, by się nie wywalić na tej sypkiej nawierzchni. Ale jak się okazało poszło ona znacznie sprawniej, niż mogło się to wydawać i już o 15:40 znaleźliśmy się poza trawersem w miejscu gdzie szlak przechodzi przez duże głazowisko. Co ciekawe spotkaliśmy tam jednego turystę, który szedł w drugą stronę – może planował zdobycie „naszego” szczytu jeszcze przed zachodem słońca. 🙂

Tuż przed godziną 17 dotarliśmy do górnej stacji kolejki Plattjen, ale do końca wycieczki jeszcze nam trochę brakowało. Najpierw musieliśmy pokonać ponad 800 metrów różnicy wysokości, by się znaleźć w Saas-Fee, a potem jeszcze ponad 200, by znaleźć się w naszej dolinie Saastal.



Ogólnie szło się nam nawet przyjemnie, po drodze widzieliśmy kolejkę którą rano wjeżdżaliśmy na Felskinn, były też pasące się krówki – także w 1,5 godziny zeszliśmy do Saas-Fee. W tej miejscowości sporo czasu zajęło nam szukanie sklepu, by zrobić jakieś sensowne zakupy na kolejny dzień. Gdy się to udało rozpoczęliśmy mozolne zejście żółtym szlakiem w stronę naszej miejscowości. Chcieliśmy jeszcze w okolicy kaplicy (Kapelle zur Hohen Stiege) odbić na inną ścieżkę, ale baliśmy się czy będzie tam most na rzece Fee Vispa. Dlatego ostatecznie zeszliśmy nieco okrężną drogą, dużo poniżej naszego pensjonatu i potem doliną i ulicą Bodmenstrasse dotarliśmy do niego.




Ogólnie byłem bardzo zadowolony z tego naszego górskiego dnia. Zrobiliśmy kawał solidnej trasy a do tego udało nam się wdrapać na ciekawy szczyt, dzięki któremu pobiłem rekord swojej wysokości w górach. 🙂