Most Charles’a Kuonena
Następny dzień naszych wędrówek po szwajcarskich Alpach miał również obfitować w spore emocje – wszak tego dnia mieliśmy przejść wiszącym mostem. Mieliśmy w planach wyjść do niego z miejscowości Randa, a potem poprzez schronisko Europahütte, zejść do wioski Herbriggen. Tak się jednak ciekawie złożyło, że ja ten most pokonałem 3-krotnie – jednak o szczegółach tej akcji dowiecie się później. 🙂
A wracając do historii, to… tego dnia po raz kolejny pojechaliśmy rano do doliny Mattertal, jednak tym razem nie dojechaliśmy do Täsch, a nasz autokarowy dojazd zakończyliśmy we wcześniejszej miejscowości o nazwie Randa.

Most Charles’a Kuonena – najważniejsze informacje
| start | Randa | |||
| cel | Most Charles’a Kuonena | |||
| koniec | Herbriggen | |||
| dystans | ok. 11 km | |||
| suma podejść | 1,15 km | |||
| czas marszu | ok. 6,5 godziny | |||
| trudność podejścia | stromo i brak wypłaszczeń | |||
| długość mostu | 494 metry | |||
| szerokość mostu | 0,65 metra | |||
| wysokość mostu nad ziemią | do 85 metrów (w najwyższym punkcie) | |||
| wysokość n.p.m. | ok. 2050 – 2080 m n.p.m. | |||
| waga mostu | 58 ton | |||
| rok budowy | lipiec 2017 | |||
| data przejścia | 27 sierpnia 2025 r. |
Jak dotrzeć do Randy i gdzie zacząć wycieczkę
Randa to miejscowość położona na średniej wysokości ok. 1400 m n.p.m. mniej więcej w środku doliny Mattertal pomiędzy Herbriggen a Täsch. Miejscowość liczy około 500 mieszkańców, ale w sezonie z pewnością jest tu wielu turystów.
Jeśli chodzi o dotarcie do Randy to na początku należy się kierować do miejscowości Visp. Następnie w niej należy zjechać z autostrady na południe w głąb doliny Vispertal i dojechać nią do miejscowości Stalden. Z niej skręcić w stronę Zermattu i przejechać przez długi na około 2,3 km tunel (Stägjitschuggen Tunnel). Potem jeszcze trzeba pokonać centrum Sankt Niklaus oraz Herbriggen i jest się na miejscu w Randzie. Randa również leży na trasie linii kolejowej z Visp do Zermattu, więc koleją również można dojechać do tej miejscowości.
Jeśli chodzi o samą Randę to nasz kierowca wysadził nas na tym parkingu (GPS: 46.0917753N, 7.7799406E), natomiast w samej Randzie parkingów jest naprawdę sporo i to zarówno w centrum, jak i na obrzeżach.
Szlak z Randy do mostu Charles’a Kuonena
Bardzo szybko po opuszczeniu naszego środka transportu ruszyliśmy na szlak. Piotr jak zwykle nadał już na początku mocne tempo marszu. Najpierw musieliśmy się jednak przebić przez licznych robotników, którzy wykonywali w okolicy jakieś ciekawe prace ziemne. Później gdy już odnaleźliśmy właściwy szlak to tempo lekko spadło. Jednak ja już byłem na tyle rozgrzany myślą że będziemy tak cały czas grzać pod górę, że nie mogłem się opanować i lekko zacząłem odstawiać grupę. 🙂
Wkrótce dołączyła do mnie koleżanka Ewa i tak razem zaczęliśmy od tego momentu przewodzić grupie. Było to o tyle fajne, że szliśmy sobie tak jak chcieliśmy – sunęliśmy niczym kolarska ucieczka przed peletonem. Nie wiem ile to trwało, ale od głównej grupy zaczęli odrywać się kolejni śmiałkowie, którzy chcieli się z nami zrównać – wśród nich była również i Asia. I niewiele brakło by nas dogonili, tylko w pewnym momencie zostali wstrzymani przez Piotra, który przez krótkofalówkę oznajmił im, że źle poszli. Wszyscy żeśmy źle poszli, z tym że oni zawrócili, a my z Ewą parliśmy naprzód jakbyśmy walczyli o jakąś premię górską, którą i tak ona by zgarnęła bo ja szedłem jako drugi i w pewnym momencie też już miałem ciężko dotrzymać jej kroku. 🙂

Teraz kilka słów wyjaśnienia, co oznacza to „źle”: w tym wypadku źle oznaczało pójście inną trasą niż grupa. Oni szli dłuższą, bardziej okrężną prowadzącą głównie szlakiem Europaweg w stronę mostu. Natomiast my wybraliśmy trasę krótszą i dzięki temu most zdobyliśmy bardzo szybko i potem musieliśmy długo czekać na naszą grupę. 🙂
A co do reszty, szczególnie Asi i spółki, którzy w pewnym momencie „prawie nas mieli” to oni nie byli za bardzo zadowoleni, że musieli obniżyć się o 100 metrów, by dotrzeć do miejsca, w którym grupa odbijała na nieco niewidoczną ścieżkę – no ale jak się później okazało zostało im to wynagrodzone z nawiązką. 🙂
Po wyswobodzeniu się od goniącego nas pościgu zostaliśmy z Ewą sami. Po pokonaniu gęstych i krótkich serpentyn na naszym szlaku dotarliśmy w końcu do węzła szlakowego o nazwie Kreuz. Wówczas nie rozumiałem skąd ta nazwa, choć wiedziałem że oznacza to krzyż. Jednak teraz kiedy piszę tę relację to widzę, że poniżej naszego skrzyżowania szlaków znajduje się wysoki, drewniany krzyż, z którego okolicy roztacza się świetna panorama na Randę… dobrze wiedzieć hehe 🙂
My natomiast z Ewą skręciliśmy na prawo na prawdziwą autostradę, która kierowała się prosto w kierunku mostu wiszącego w Randzie i szlaku Europaweg. Na tym odcinku dosłownie myślałem że umrę, Ewa tak cisnęła, że mi już zaczynało brakować pary w płucach, a nachylenie tego odcinka było zauważalnie większe od tego poprzedniego.

Przejście przez most Charles’a Kuonena – moje wrażenia
W okolicy ostrego zakrętu w lewo mieliśmy ostatnią szansę na dostanie się z powrotem na Europaweg dużo bliżej naszej głównej grupy, jednak my nie skorzystaliśmy z tego rozwiązania. Parliśmy do przodu, aż wkrótce dotarliśmy do mostu „Charles Kuonen Suspension Bridge”. Od samego początku ten obiekt zrobił na nas duże wrażenie, ale z racji że nie było za bardzo gdzie siedzieć po tej stronie, po której się obecnie znajdowaliśmy, to postanowiliśmy przejść na jego drugi koniec. 🙂
Przejście było bardzo przyjemne i jak dla mnie bardzo komfortowe. Most się trochę ruszał kiedy przez niego pierwszy raz przechodziliśmy. Ewa trochę się bała, co mi powiedziała dopiero kiedy zeszliśmy z niego po drugiej stronie. Ciekawie się po nim idzie, bo z racji że on jest dosyć głęboko powieszony, to na początku idzie się dosyć mocno na dół, a na końcu trzeba iść solidnie pod górę – przynajmniej tak to wygląda jak się stoi na wprost tego mostu.
Na drugim brzegu mogliśmy wreszcie zrobić sobie solidny popas, bo było tam sporo ławeczek i stoły. Chwilę pogadaliśmy, a potem Ewa się mnie zapytała którędy poszła grupa. Kiedy zobaczyła na mapie, jak daleko od mostu oni wyszli, to postanowiła iść im naprzeciw. Spakowała się i ponownie udała się na most, mając nadzieję, że tym razem będzie się jej lepiej go pokonywało.
Ja natomiast rozgościłem się na tych ławeczkach na dobre i relaksowałem się tam chyba z ponad godzinę. Cały czas licząc, że zaraz na moście pojawi się nasza grupa i będę mógł z nią kontynuować wycieczkę. Jednak grupa nie nadchodziła, za to na moście i w jego okolicy zaczęło robić się tłoczno, ktoś mnie tam zagadywał, bawiłem się w fotografa robiąc innym turystom zdjęcia. W końcu postanowiłem, że również podobnie jak Ewa przejdę jeszcze raz ten most i wyjdę grupie na spotkanie.
Udało mi się to niemalże tak samo, jak za pierwszym razem, choć teraz było dużo więcej mijanek i wzajemnego przeciskania się pomiędzy ludźmi, a barierko-linami mostu. Po zejściu na drugi brzeg, od razu bardzo szybko uderzyłem w stronę szlaku Europaweg, który akurat tutaj prowadził trochę pod górę. Zrobiłem to też dlatego, że zaczęło mi się już robić trochę zimno, od tego siedzenia. 🙂
Jednak za drugim czy trzecim zakrętem zobaczyłem, że Asia idzie w moją stronę – zatem za daleko sobie tym szlakiem nie poszedłem, ale mogłem za to po raz trzeci pokonać most Charles’a Kuonena.
Asia podobnie jak Ewa idąc nim odczuwała lekki stres, natomiast ja, dla którego był to już trzeci raz czułem się jak prawdziwy wyjadacz mostowy. 😀

Podejście do schroniska Europahütte
Gdy tylko pokonaliśmy tę zawieszoną przeszkodę zaczęliśmy się mocno wspinać w kierunku schroniska Europahütte – trochę nam to dało w kość, bo musieliśmy na krótkim dystansie (ok. 930 metrów) zrobić prawie 200 metrów różnicy wysokości.
Tego dnia pogoda już nie była taka dobra, jak wcześniej i nad górami kłębiły się dosyć wysokie chmury, na tyle wysokie, że w pewnym momencie usłyszeliśmy głuchy grzmot, który na tych wysokościach brzmiał niesamowicie. Jednak skończyło się tylko na pojedynczym odgłosie burzy.
Tuż przed schroniskiem Europahütte doszliśmy do miejsca, w którym odchodziła ciekawa ścieżka do Domhütte – niewielkiego schroniska położonego na wysokości 2940 m n.p.m. (czyli o prawie 700 metrów wyżej od Europahütte), z którego można iść na najwyższy szczyt masywu Mischabel – Dom. Z tego co słyszałem to najbardziej niewyżyci uczestnicy naszej wycieczki poszli do tego schroniska. 🙂




Dalsza wędrówka do Herbriggen
Kawka na tarasie w Europahütte w otoczeniu tych wielkich szwajcarskich szczytów smakowała wyśmienicie, ale nie mogliśmy się tam za bardzo zasiedzieć, bo przed nami był jeszcze kawał drogi do Herbriggen. W międzyczasie do schroniska przybyło kilka osób z naszej grupy, więc po chwili wędrowaliśmy większą ekipą w kierunku tej niewielkiej miejscowości.

Następnie czekał nas około kilometrowy praktycznie równy trawers w terenie lekko skalnym. Potem jednak musieliśmy ostro zejść w kierunku niewielkiego mostku na potoku Birchbach. Tam też rozdzielały się szlaki i od naszego odchodził ten, który prowadził z powrotem do Randy.




Nie chcę się za bardzo rozczulać nad sobą, ale do tego Herbriggen mieliśmy stamtąd jeszcze około 5,5 km – niby niedużo, ale nasz szlak prowadził nas dosyć stromymi półkami, na których serio trzeba było uważać, bo poślizgnięcie się w takim miejscu mogłoby się nie za ciekawie skończyć. Oprócz tego w niektórych miejscach musieliśmy też trochę podejść pod górę – tak było przed zejściem skalistym wąwozem i pokonaniem potoku Geisstriftbach, które prowadziło nas po schodach w otoczeniu barierek.




To wszystko sprawiło, że kiedy doszliśmy do Herbriggen to po krótkiej przerwie spędzonej w pobliżu cmentarza, poszliśmy jeszcze do pobliskiego sklepu, by zrobić sobie solidne zakupy, nie tylko na następny dzień, ale również na powrót do Polski. 🙂
Potem czekało nas jeszcze długie oczekiwanie na resztę, która nie w całości dotarła do Herbriggen, bo część grupy z Piotrem i Anią na czele zeszła ponownie do Randy. Później jeszcze po nich musieliśmy podjechać i dopiero potem mogliśmy z powrotem wrócić do naszego Saas-Grund. 🙂
