Skoruszyna
W niedziele 22 września wybraliśmy się w Skoruszyńskie Wierchy – mało znane pasmo nazwane tak zapewne z powodu swojej najwyższej kulminacji – Skoruszyny. I to właśnie ona była naszym głównym celem w tej okolicy.
Około godziny 9 rano zajechaliśmy na mikro parking przy urzędzie gminy w Zabiedowie. Chwilę później już wędrowaliśmy niebieskim szlakiem przez południową część wsi, po drodze oczywiście mijając większy parking zlokalizowany koło kościoła. To już nie pierwszy raz, kiedy zdarza się taka sytuacja – po prostu parkujemy na pierwszym lepszym miejscu. 🙂

W ten piękny słoneczny poranek wędrując przez Zabiedowo minęliśmy ciekawy budynek kościoła, owce i ładną kapliczkę położoną pośród drzew. Początkowo szło się nam bardzo przyjemnie, bo nie była za bardzo pod górę. Większe podejście zaczęło się dopiero gdy przeszliśmy około 1,5 km. Wówczas to odbiliśmy z głównej drogi i skierowaliśmy w stronę południowo-zachodniego grzbietu Skoruszyny.




Gdy dotarliśmy na jego szczyt czyli do skrzyżowania szlaków dochodziła godzina 10 i mniej więcej w tym miejscu zrobiliśmy sobie pierwszą większą przerwę, na którą zeszło nam około pół godziny czasu.

Gdy już ruszyliśmy w dalszą trasę to na początku czekało nas mordercze, bo mierzące około 100 metrów, podejście na Osly (czyli po polsku: Ośli Wierch). Oczywiście żartuje z tym ciężkim podejściem, bo 100 metrów pod górę to prawie nic i czasami nawet ciężko zauważyć, że człowiek coś takiego pokonuje. Z okolic szczytu rozciągały się bardzo ładne widoki w kierunku Małej Fatry i Siwego Wierchu.



Po minięciu Osłów czekał nas kolejny 1,5 kilometrowy odcinek o podejściach wynoszących również około 100 metrów, a kończący się w okolicy szczytu Javorková. Tam ponownie pomiędzy drzewami ukazały nam się przyjemne widoki, ale tym razem na słowackie Tatry Zachodnie z dominującym po lewej szczytem Osobitej.
Do Skoruszyny mieliśmy niby coraz bliżej, ale droga ta nam się strasznie dłużyła. Na naszej trasie była jeszcze Mikulovka, do której mieliśmy około 2 km. Różnica wysokości była niewielka i mieściła się w 50 metrach. Pamiętam, że na skrzyżowaniu szlaków, bo tam też takie było, była ciekawa nalepka. 🙂

Natomiast ostatni etap z końcowym i finalnym podejściem na szczyt Skoruszyny liczył sobie już prawie 2,5 km i aż 140 metrów podejścia. Nie było to jakoś dużo, ale ogólnie bardzo się ucieszyliśmy, że w końcu zdobyliśmy tę górę. Nie wiem dlaczego, ale chyba z racji faktu, że ta droga, od momentu kiedy wyszliśmy na grzbiet, była nieco długa (ok. 7 km) i prowadziła tylko lekko pod górę (380 metrów) to stała się ona dla nas mocno męcząca.


Wierzchołek Skoruszyny jest mocno zalesiony, ale jest tam też spora polanka na której Słowacy wznieśli ciekawą wieżę, która jest trochę nietypowa. Obok niej znajdują się duża wiata oraz miejsce, w którym można bezpiecznie rozpalić ognisko. Tak się składa, że właśnie była tam trójka tybylców, którzy coś tam pichcili na ogniu.

My jednak od razu uderzyliśmy na górę, by zobaczyć te widoki z tej platformy widokowej – bo chyba tak naprawdę należałoby nazywać ten obiekt. Wychodziło się tam prostą drabiną, która mniej więcej od 4-go metra była zabezpieczona stalową obejmą. Najpierw poszliśmy na górny taras, z którego coś tam było widać, ale też nie za wiele, bo wysokie drzewa skutecznie przysłaniały widok w kierunku Tatr. Najlepiej z nich prezentowały się Rohaczy, a także cała grań w kierunku Banówki i Brestowej. A i tak najlepsze widoki były na północ w kierunku Pilska, Babiej Góry, Policy oraz Jeziora Orawskiego, ponieważ widoku z tym kierunku nie przysłaniały żadne drzewa. Na dolny taras tylko weszliśmy po to, aby go zaliczyć po czym zeszliśmy na dół, bo coś sobie przekąsić – słowackie przysmaki pieczone na ogniu dawały nam się mocne we znaki i ciężko już było oszukać żołądek. 🙂



25 minut przerwy zupełnie wystarczyło, by nabrać więcej chęci do opuszczenia tego przyjemnego miejsca. Pogoda tego dnia była wyśmienita, dlatego czuliśmy się jak latem, bo było tak ciepło. Nie chciało nam się opuszczać ani Skoruszyny, ani tego pasma, ale w końcu jednak trzeba było to zrobić.

Schodziliśmy szeroką leśną drogą, na której nawet spotkałem żywego żuczka. Gdy dotarliśmy do węzła szlakowego pod Javornikami, to odczytaliśmy ze szlakowskazów, że do Zabiedova Lan, mamy jeszcze prawie godzinę marszu. Zajęło nam to jednak trochę więcej czasu, bo w okolicy szczytu Košiare trochę pobłądziliśmy.

Było tam sporo różnych dróg i skręciliśmy w złą i przeszliśmy kawałek nie oficjalnym szlakiem, a trochę gorszą ścieżką. Finalnie i tak wyszliśmy na szlak tylko trochę niżej. Schodząc do Zabiedowa, widoki w kierunku północnym robiły się jeszcze lepsze.

Zabiedowo Lany osiągnęliśmy o godzinie 15:10 i kiedy nam się już wydawało, że dotarcie do auta zajmie nam maksymalnie 20 minut to się trochę zdziwiliśmy, bo ten niebieski szlak zejściowy do tej miejscowości wcale nie był taki porządny jak ten, którym wcześniej schodziliśmy.
Już dokładnie nie pamiętam ile zajęło nam przejście tego odcinka, ale szliśmy tam takim terenem, który w ogóle nie przypominał szlaku. Przy czym Asia musiała ciągle patrzyć na mapy.cz, sprawdzając czy znowu gdzieś źle nie skręciliśmy. Gdy jednak dotarliśmy w okolice cmentarza to odczuliśmy dużą ulgę, że po wielu trudach wreszcie tam dotarliśmy.

Wyszliśmy z drugiej strony Zabiedowa i wyszliśmy praktycznie przy Urzędzie Gminy, gdzie mieliśmy zaparkowane auto. Jedynie co pozostało to dotarcie do Bielska, co wcale nie musiało być taką łatwą sprawą, bo spodziewaliśmy się dużych korków – wszak pogoda była wspaniała i wielu naszych rodaków wracało również do swoich domów – głównie z Tatr. 🙂