Wielki Chocz
W niedzielę 20 października wybraliśmy się na wycieczkę na najwyższy szczyt Gór Choczańskich – Wielkiego Chocza. Tym razem nie pojechaliśmy tam sami, a pojechały z nami dwie koleżanki, które poznaliśmy na wycieczce z Biurem Podróży PTTK Rzeszów do Bułgarii w 2022 roku. To właśnie tam pierwszy raz spotkaliśmy się z Jolą i Anitą. Później była jeszcze wspólna wyprawa w Durmitor, ale to już zupełnie inna historia. 🙂
Wracając do naszej wyprawy na Chocza, to dla mnie i Asi to również nie był pierwszy raz na tej górze – bo również parę lat wcześniej również na niej byliśmy, ale wówczas mój aparat zrobił mi psikusa i skasował mi wszystkie zdjęcia z tego wypadu – więc należało go koniecznie powtórzyć i w końcu nadarzyła się do tego okazja.
Z racji że była nas czwórka to Jola zabrała nas tam swoim autem, które było zdecydowanie większe od naszej polówki. I pojechaliśmy tam przez Żywiec, Korbielów, Námestovo, Príslop, Oravský Podzámok i Dolný Kubín.
Na miejscu czyli na niewielkim parkingu pod kościołem w Vyšný’m Kubín’ie byliśmy tuż przed godziną 9 rano. Tuż obok parkingu znajdował się nasz zielony szlak, którym mieliśmy rozpocząć wędrówkę w kierunku Wielkiego Chocza.

Początkowo prowadził on szeroką drogą i właśnie na tym odcinku występowały najlepsze widoki na mgły, które osadzały się na jesiennej roślinności oraz na wszelakich pajęczynach – przez co wychodziły bardzo ciekawe zdjęcia. 🙂



Kiedy jednak dotarliśmy w okolicę góry Siatiská to mgły zaczęły powoli ustępować i ukazało się piękne błękitne niebo. W tych okolicach czekała na nas Jola, która wybiła mocno do przodu i gdy się pojawiło słońce to musiała się trochę rozebrać, aby uniknąć przegrzania.



Po przejściu dwóch w miarę równych i bardzo widokowych polan znaleźliśmy się w miejscu, które nazwane było Zásadce i tam zakończyło się miłe wędrowanie. Od tego miejsca szlak zaczął konkretnie nabierać wysokości – w końcu do szczytu zostało 2:40 godziny, więc musiało się to w końcu zdarzyć. 😉



Na tym odcinku, aż do Drapáč’a musieliśmy na dystansie 1,5 km zrobić do góry ponad 400 metrów. Jednak zrobiliśmy to na tyle szybko, że już o godzinie 10:30 tam się znaleźliśmy – co było bardzo dobrym czasem. Zasłużyliśmy więc na krótką przerwę…

Następnie zmieniliśmy szlak i teraz zamiast zielonym szliśmy czerwonym. Podejście się nieco wypłaszczyło i do następnego skrzyżowania szlaków (Smer Jasenová), które liczyło około kilometra dystansu było już tylko 173 metry pod górę. W tym też miejscu wpadała na nasz szlak zimowa wersja trasy prowadząca od Strednej Poľany – także my również zdobyliśmy szczyt Wielkiego Chocza zimową wersją szlaku.


Pomimo iż do wierzchołka został nam jeszcze dystans o długości ponad kilometra, na którym jeszcze czekało nas prawie 300 metrów podejścia to i tak bardzo szybko się tam znaleźliśmy. Była 12 godzina kiedy dołączyliśmy do tej sporej rzeszy turystów, którzy akurat tego dnia wdrapywali się na ten najwyższy szczyt Gór Choczańskich.

Na szczycie po napatrzeniu się na widoki po 12:30 rozpoczęliśmy zejście. Tym razem wybraliśmy letnią opcję szlaku, którą stanowił zielony szlak turystyczny. Tam również było dużo ludzi, ale miałem wrażenie, że i tak ich było mniej niż na czerwonym szlaku.





Kiedy zeszliśmy w na Stredną Poľanę to tam zrobiliśmy sobie jeszcze jedną dłuższą przerwę przez ostatecznym opuszczeniem tego miejsca. Pomimo końca października było dosyć ciepło i można było miło spędzać czas na tej dużej polanie – dlatego nie chciało nam się opuszczać tego miejsca.


Po tym przyjemnym odpoczynku ruszyliśmy szybko na dół, no i chyba właśnie za szybko… Pamiętam, że jak schodziliśmy to rozmowy przeniosły się trochę na mnie i na moje długodystansowe trasy i właśnie wówczas kiedy już sporo zeszliśmy, to Asia się zorientowała, że podążamy złym szlakiem… szliśmy niebieskim, który by nas zaprowadził do Valaski Dubovej… 🙂
Więc jeszcze w fazie schodzenia, czekało nas ponowne wyjście na Stredną Poľanę, bo to właśnie na niej źle skręciliśmy i wybraliśmy nie ten szlak co trzeba. Na szczęście nasze koleżanki nie były tym mocno oburzone i spokojnie ponownie wróciliśmy w to miejsce co trzeba.
Gdy jednak zauważyliśmy w którym miejscu odbija z polany ten nasz właściwy zielony szlak, to już wiedzieliśmy dlaczego tak łatwo weszliśmy na ten niebieski. Mianowicie był on w takim skrytym miejscu, a i ścieżka wydeptana w trawie, która miała sugerować jego przebieg była ledwo widoczna.

W końcu się jednak udało i już po mocniejszym tempie marszu znaleźliśmy się ponownie na węźle szlakowym Drapáč. Z tym że teraz w naszym planach był powrót czerwonym szlakiem, a nie tym którym wychodziliśmy rano – tzn. pewnie gdybyśmy później kapnęli się że schodzimy złym, niebieskim szlakiem to pewnie schodzilibyśmy do Vyšný’ego Kubín’a najkrótszą drogą, ale czas nie był jeszcze taki zły, więc mogliśmy schodzić tą dłuższa opcją.

O zejściu mogę napisać tylko, że było nieco urozmaicone, bo były tam gęste lasy, malownicze polanki oraz głównie w dolnej części szlaku ciekawe widoki. Zejście z Drapáč’a do Zábralie zajęło nam tylko 40 minut i już o godzinie 15 byliśmy na tej przełęczy. Z niej bardzo ciekawie prezentował się szczyt Bralo, ale niestety nie mieliśmy już zbytnio czasu, by próbować go zdobyć.

Obeszliśmy go więc od wschodu i północy i szybko znaleźliśmy się w pobliżu drogi nr 59. Szlak, którym szliśmy prowadził do Jasenová’ej, a my musieliśmy dostać się do Vyšný’ego Kubín’a, więc pod koniec musieliśmy trochę pokombinować, by ponownie znaleźć się na naszym zielonym szlaku.



Gdy się to udało, pozostało nam tylko zejście do auta, przy którym znaleźliśmy się tuż po godzinie 16. Teraz czekał nas jedynie powrót do Bielska tę samą drogą, którą tu przyjechaliśmy, ale to już było zadanie dla Joli. 🙂
