MSB: Myślenice Zarabie – Marcówka
Dom Wycieczkowy PTTK w Myślenicach położony jest koło dosyć ruchliwej ulicy. Toteż w nocy było trochę głośno i Asia miała problemy ze spaniem. Mi się za to spało idealnie i obudziłem się wypoczęty i rześki. 🙂
Poniedziałkowy etap MSB należał do tych najbardziej wymagających. Wszak liczył on około 34 km i prowadził przez jeszcze nam nieznane pasmo Babicy. Trochę się obawialiśmy tego odcinka Małego Szlaku Beskidzkiego. Postanowiliśmy więc dobrze się zaopatrzyć w myślenickiej Biedronce. Dlatego już o 7 wyruszyliśmy w jej stronę, mając nadzieję, że zakupy nie zajmą nam dużo czasu. Niestety dopiero po 8 mogliśmy kontynuować przemierzanie naszego szlaku, ponieważ dojście do Biedronki okazało się mocno skomplikowane, a i w niej panował duży ruch.
Z mocno obładowanymi plecakami ruszyliśmy z powrotem alejami Juliusza Słowackiego w kierunku rynku, przez który przebiegał nasz szlak. Akurat mieliśmy pecha, bo rynek z Myślenicach był w tym czasie remontowany i nie mogliśmy zobaczyć go w pełnej okazałości. Natomiast szybko dotarliśmy do ulicy Ogrodowej, którą powoli zaczęliśmy opuszczać zabudowania Myślenic.
Pasmo Babicy
Stopniowo wkraczaliśmy w Pasmo Babicy, którym nigdy wcześniej nie wędrowaliśmy. W połowie czerwca pokonywaliśmy za to kawałek sąsiedniego pasma Koskowej Góry i wówczas strasznie dłużyła nam się wędrówka. Sądziliśmy, że tutaj będzie podobnie, chociaż początkowo się na to nie zanosiło. W 15 minut od ostatnich myślenickich zabudowań dotarliśmy do starej lipy (z 1830 roku) zwanej „lipką”, a raczej do tego co z niej pozostało. Drzewo to w czasach swojej świetności było symbolem Myślenic i znajduje się nawet w herbie miasta. Obecnie z zabytkowej lipy pozostał tylko wypalony, dziurawy pień. Warto jednak wspomnieć o wybudowanej obok kapliczce ku czci Matki Bożej. Na miejscu znaleźliśmy również ławki, które wykorzystaliśmy do spożycia śniadania.
Dalsza trasa wiodła przez niekończące się łąki, na których atakowały nas muchy i ślepki. Czekaliśmy na moment kiedy w końcu wejdziemy do lasu. Ten na szczęście był blisko, bo już po 10 minutach od wyruszenia spod lipy do niego dotarliśmy. Pierwszym ważniejszym punktem w tym pasmie była Plebańska Góra mierząca 510 m n.p.m. Co prawda nie przechodziliśmy ściśle przez jej wierzchołek, ale w okolicy znajdowała się okratowana kapliczka św. Mikołaja otoczona dużą ilością ławek – pewnie odbywają się tu jakieś uroczystości religijne. W tym miejscu również spotkaliśmy pierwszą niewielką grupę ludzi (prawdopodobnie grzybiarzy).
Kolejnym punktem na naszym szlaku była Sularzówka (Sularzowa – 617 m n.p.m.) , do której dotarliśmy tuż przed godziną 10 (40 minut drogi od Plebańskiej Góry). Na niej było skrzyżowanie szlaku MSB z zielonym, wiodącym do Trzebuni i dalej na Kotoń Zachodni.
Marzyliśmy już o dotarciu do Trzebuńskiej Góry, ponieważ mniej więcej w tym miejscu wypadała połowa pasma Babicy. Skłamałbym gdybym powiedział, że miło mi się szło tym odcinkiem MSB. Ogólnie lubię chodzić lasem bez żadnych widoków, w którym jest dużo mrówkowych kopców, ale z tym było coś nie tak. A może to nie z nim, a ze mną, może byłem już wykończony tym dystansem i upałem. W każdym razie ciągle wypytywałem Asię o to kiedy będziemy na Trzebuńskiej Górze.
Zdobyliśmy ją w samo południe i od razu mieliśmy tam większy postój. Tego dnia było bardzo ciepło i to chyba ten upał sprawiał, że byliśmy już oboje trochę zmęczeni. Do tego miejsca przeszliśmy już około 13 km, więc nie wyglądało to tak źle, jak się nam wydawało. 🙂
Wkrótce dotarliśmy na skraj rezerwatu przyrody „Las Gościbia”, o czym poinformowała nas duża, czerwona, wybrakowana 😀 tablica. Kawałek dalej minęliśmy linie wysokiego napięcia, a chwilę potem kapliczkę św. Huberta.
Przez kolejne pół godziny cały czas podróżowaliśmy pośród drzew, które jednak z czasem zaczynały się przerzedzać. To był znak, że powoli zbliżaliśmy się do szczytu Babicy 728 m n.p.m. Góra ta miała tabliczkę czyli była chyba ważna, w końcu to od niej wzięła się nazwa całego tego pasma. Przez chwilę łaziłem po wierzchołku i szukałem pozostałości austro-węgierskich okopów, których jednak nie mogłem się doszukać.
Po minięciu Babicy pojawiły się wielkie polany, z których roztaczały się ciekawe widoki. Między innymi bardzo dobrze było widać Koskową Górę z charakterystycznym nadajnikiem, a w dole również zabudowania Bieńkówki.
Około pół godziny czasu upłynęło od opuszczenia szczytu Babicy, gdy naszym oczom ukazała się wspaniała wiatka położona w pobliżu skrzyżowania MSB z czarnym szlakiem. Tam również mieliśmy postój, bo żal było przejść obojętnie obok tego typu obiektu. 🙂 Jak się okazało to w gminie Budzów buduje się takie wspaniałe wiatki – naprawdę gratulujemy. Byliśmy tak nią zachwyceni, że ponad 20 minut w niej siedzieliśmy. Oczywiście było tam też sporo śmieci (głównie puszek), deski z podłogi również były powyrywane, ale i tak cieszyliśmy się, że coś takiego czekało na naszej drodze.
Kawałek od wiatki położona była Babica Zachodnia (inaczej Bieńkowska Góra), która stanowiła węzeł szlakowy. Tam mogliśmy się przekonać ile jeszcze będziemy musieli tego dnia iść. Informacje nie brzmiały zbyt optymistycznie: Palcza – 1h, Chełm Wschodni – 3h. 🙂
Na zejściu do Palczy trochę nadrobiliśmy czasu, bo dotarliśmy tam w 45 minut. Liczyliśmy po cichu na jakiś sklep – marzyliśmy, by zjeść lub napić się czegoś zimnego. Ale niestety czerwony szlak zbyt szybko odbijał ponownie pod górę, a nie chciało nam się z niego schodzić, by iść do centrum miejscowości.
Góra Chełm i Chełm Wschodni
W kolejnym etapie wędrówki musieliśmy dotrzeć na Chełm Wschodni. Podczas wychodzenia z Palczy na grzbiet przechodzący we wschodnie zbocze tej góry, natrafiliśmy na kranik z wodą zamontowany na drzewie. Z racji meczącego, lipcowego upału chętnie z niego skorzystaliśmy. Z kolei po kilkunastu minutach natrafiliśmy na kolejną wiatkę z gminy Budzów. Ta jednak jeszcze pachniała świeżością i była w stanie idealnym.
Następne metry naszej wędrówki przebiegały przez przerzedzone lasy, łąki i pola. Niejednokrotnie musieliśmy omijać większe rozlewiska wodne przecinające naszą drogę. Oczywiście obecność polan sprawiła, że oprócz much i ślepków pojawiły się również ciekawe widoki, m.in. bardzo wyraźnie było widać zabudowania Lanckorony. Asia miała dużo szczęścia, bo udało się zauważyć wielkiego, ciemnego ptaka, którym prawdopodobnie był bocian czarny. Ja go niestety nie spostrzegłem, bo widząc nas szybko odleciał.
Około 15:30 dotarliśmy do drogi asfaltowej łączącej Skawinki z Zachełmną. Tuż koło niej był bardzo przyjemny lasek, w którym się zatrzymaliśmy. Mogłem wreszcie na chwilę ściągnąć buty i dać pooddychać swoim stopom. Od tego miejsca Chełm Wschodni znajdował się zaledwie 1,5 km, dlatego nie mieliśmy się gdzie spieszyć. Pogoda była dobra i wiedzieliśmy, że do godziny powinniśmy pojawić się w kolejnym miejscu noclegowym.
Ruszyliśmy więc koło 16 asfaltem w stronę tego najbliższego szczytu. Szliśmy w słońcu, ale od północnej strony na niebie pojawiły się wielkie, ciemne chmury. Jednak nic sobie z nich nie robiliśmy i wędrowaliśmy dalej. Tym samym o 16:20 zdobyliśmy Chełm Wschodni.
Nie zatrzymując się ruszyliśmy dalej, ale zdziwił nas czas podany na szlakowskazie. A mianowicie jedna wartość: „Chełm – 40 min”. Nie sądziliśmy, że do góry Chełm jest jeszcze tyle drogi (z mapy wychodziło niecałe 2,5 km).
Nagle pogoda uległa diametralnej zmianie… Zaczęło tak wiać, że myślałem że zaraz przyjdzie jakaś burza. Tak się nie stało, ale idąc tą szeroką aleją pełną wysokich, mocno chwiejących się drzew, z których spadały gałęzie, miałem trochę pietra. Chełm osiągnęliśmy w 30 minut licząc czas wędrówki od jego wschodniego brata.
Z góry mieliśmy około 1,5 km do naszego noclegu i dokładnie w tym momencie zaczęło padać. 🙂
Z początku myślałem, że dojdę tam bez używania peleryny, ale w końcu dałem za wygraną. Asia zrobiła to od razu i nie musiała się potem mierzyć się z takimi dylematami.
Idąc MSB pod Chełmem musieliśmy w pewnym momencie skręcić w leśną ścieżkę prowadzącą w stronę osiedla Sztuki w Marcówce. Szybko więc znaleźliśmy się na mokrej, asfaltowej drodze, a o 17:15 już byliśmy na terenie noclegowym. Miejscem, w którym zamierzaliśmy spędzić nocleg była Bacówka u Harnasia w Marcówce.
Początkowo myśleliśmy, że naszego gospodarza nie ma w okolicy i trochę poszwendaliśmy się po tym miejscu, ale potem okazało się, że on tam cały czas był. Gdy w końcu się spotkaliśmy, zaprowadził nas do pokoju, który można śmiało nazwać góralskim apartamentem. Nasz apartament składał się z sypialni, łazienki oraz salonu z aneksem kuchennym. Bardzo byliśmy zadowoleni, że trafiliśmy na taką kwaterę. Miło siedziało się w salonie popijając smaczną herbatę, gdy na zewnątrz rozszalała się mocna ulewa. Bardzo mile zakończył się dla nas ten drugi pod względem długości etap Małego Szlaku Beskidzkiego. 🙂