Sattel
czyli mój pierwszy raz w Alpach
Dojazd do Wrocławia i Saas-Grund
Nasza wycieczka do Szwajcarii tak naprawdę rozpoczęta się od podróży do Wrocławia, którą odbyliśmy za pomocą dwóch połączeniem kolejowych: Bielsko – Katowice i Katowice – Wrocław. Jednak niewiele brakło byśmy się na ten wyjazd spóźnili, bo w tym drugim pociągu trafiliśmy na awanturującego się pasażera i w Brzegu pociąg miał przymusowy postój w oczekiwaniu na policję. Na szczęście akurat chwilę wcześniej przyjechał tam też pociąg spółki Polregio z Raciborza do Wrocławia i to nim ostatecznie dostaliśmy się do stolicy Dolnego Śląska. 🙂
Ostatecznie udało się zdążyć na czas zbiórki przed wyjazdem, ale mieliśmy już na początku trochę ciepło. A czemu właśnie jechaliśmy do Wrocka? – bo po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na wyjazd z Biurem Turystycznym Piotra Żuka. 🙂
Pakując swoje rzeczy do bagażnika trochę zdziwiliśmy się czemu jest on, aż tak bardzo załadowany, ale później wszystko się wyjaśniło… Z Wrocławia ruszyliśmy z lekkim opóźnieniem i skierowaliśmy się autostradą A4 na Legnicę, a potem na Zgorzelec – tam też wsiadali kolejni uczestnicy wycieczki. Potem czekała nas nocna podróż przez Niemcy – jechaliśmy m.in. przez Dresden, Chemnitz, Nürnberg, Heilbronn, Karlsruhe by rano znaleźć się już w Basel. Tam też spotkaliśmy się z Piotrem Żukiem. Parę godzin później dojechaliśmy do Montreux, w którym mieliśmy dłuższy postój, podczas którego pozwiedzaliśmy trochę to miasto i zwiedziliśmy muzeum poświęcone zespołowi Queen i Frediemu Mercuremu. Po paru godzinnej przerwie wróciliśmy do autokaru i późnym popołudniem dojechaliśmy do naszej docelowej miejscowości – Saas-Grund.
Po zakwaterowaniu się i krótkiej zbiórce w jadalni zjedliśmy sobie jakieś niezdrowe rzeczy, które przywieźliśmy ze sobą. Na tej wycieczce nie było wyżywienia i dopiero kiedy zobaczyliśmy ile jedzenia ludzie przywieźli ze sobą to dotarło do nas dlaczego ten luk bagażowy w autobusie był tak mocno wypełniony.
Przejazd do Stalden i wyjazd na Gspon
Następnego dnia po porannej pobudce, ogarnięciu się ruszyliśmy autokarem do miejscowości Stalden skąd za pomocą kolejki linowej mieliśmy się dostać do Gspon. Już sam przejazd Doliną Saastal zrobił na nas ogromne wrażenie. Nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo wcięte są te alpejskie doliny.
Wyjazd kolejką odbyliśmy na raty, bo wagonik nie był na tyle duży, by zmieściła się w nim na raz cała grupa. Także gdy ja z większością kolegów wyjeżdżaliśmy, to dziewczyny będące już od jakiegoś czasu na górze nieco zmarzły. 🙂 Należało więc dosyć szybko ruszyć w drogę, by się co nieco rozgrzać – co szybko uczyniliśmy.


Wędrówka w stronę Sass-Grund
Tego dnia od rana była bardzo ładna pogoda i wg prognoz miała się taka utrzymać przez cały dzień. Szliśmy więc wartko, ale wiedzieliśmy że trasa zaplanowana na ten dzień nie jest długa i bez problemu zdążymy jeszcze na popołudniowe zakupy do sklepu. Sklepy w Saas-Grund otwarte były tylko do godziny 18:30, więc trzeba było sobie tak zaplanować tempo marszu by do nich zdążyć – lub dzień wcześniej zrobić niezbędne zapasu picia i jedzenia. 🙂

Ogólnie celem tej wycieczki było zobaczenie Doliny Saastal z wyższej wysokości, głównie by popodziwiać jej zachodnią cześć, na którą malowały się najlepsze widoki. Doliną tą mieliśmy przemieszczać się wielokrotnie głównie autokarem, ale na dużo niższym wysokościach, a naszemu przewodnikowi chodziło o to byśmy zobaczymy głównie zachodnią cześć doliny Saastal z wysokości około 2100 – 2200 m n.p.m. Nie sposób chyba opisać wszystkich szczytów, które były widoczne na zachód, lub południowy-zachód od nas, ale było to m.in. takie gwiazdy jak: Balfrin, Färichhorn, Platthorn, Seetalhorn, Distelhorn. Oczywiście gdyby nie pomoc chata gpt i strony peakfinder.com to miałbym marne szanse, by rozpoznać te wszystkie szczyty.


Od kolejki ruszyliśmy na pełnym gazie i myśleliśmy, że jesteśmy pierwsi na trasie, ale wkrótce okazało się że dogoniliśmy nasze dwie koleżanki, które były gdzieś tam jeszcze bardziej z przodu przed nami.


Dotarcie do ciekawego domku turystycznego
Po wyprzedzeniu koleżanek prowadzących poruszaliśmy się wijącym się szlakiem, który trawersował zachodnie zbocza Simelihorna. Minęliśmy również co najmniej dwa potężne żleby opadające z tej góry w kierunku Doliny Saastal.
Po przejściu ponad 6,2 km dotarliśmy do bardzo ciekawego turystycznego domku, który chyba można wynająć – obiekt był zamknięty, więc do końca go nie spenetrowaliśmy, ale z zewnątrz wyglądał bardzo ciekawie. Przez nim dostępne były ławki i stół, z których ochoczo skorzystaliśmy. Gdy tam tak siedzieliśmy to dogonili nas najmłodsi z uczestników naszej wycieczki – dwójka dzieci, który wybrali się do Szwajcarii razem z rodzicami i którzy udowadniali, że młodzi w górach nie muszą narzekać. 🙂


Plan dojścia nad jeziorka
Pomimo iż plan na ten dzień zakładał górne przejście wschodnimi zboczami Doliny Saastal, to jak dla nas to był on za skromny i już od samego początku kombinowaliśmy, co tu można więcej zrobić idąc tym szlakiem. Pierwszym naszym planem na rozwinięcie tej wycieczki było dojście to trzech ciekawych jeziorek położonych powyżej 2800 m n.p.m. I tego planu trzymaliśmy się już w zasadzie od rana, bo wymyśliliśmy go poprzedniego dnia w hotelu. Oczywiście przewodnik Piotr był o tym pomyśle poinformowany i nie miał nic przeciwko – jak się później okazało ogólnie wycieczki z Piotrem Żukiem tak wyglądają, że można sobie chodzić gdzie się chce, co w przypadku innych organizatorów nie zawsze jest normą. 🙂


Dotarcie do Linde Bodu czyli wielkiego głazu
Dystans jakie dzielił nas od turystycznego domku do wielkiego kamienia czyli węzła szlakowego Linde Bodu wynosił około 2,2 km. Przeszliśmy go mniej więcej w 45 minut po drodze przekraczając wartki górski potok Mattwaldbach. Oczywiście Asia nie byłaby sobą gdyby nie wylazła na owy wielki kamień. 🙂

Po chwili przerwy odbiliśmy z naszego głównego szlaku i skierowaliśmy się w stronę miejsca o nazwie Hoferälpji. Po chwili dotarliśmy do szerokiej drogi, na której oprócz turystów spotkaliśmy również auto, którym ludzie podjeżdżali sobie wyżej na szlak. Kawałek powyżej w okolicy potoku Fellbach, który to właśnie był zasilany jeziorami, do których się udawaliśmy, zrobiliśmy sobie jeszcze dłuższą przerwę, by nabrać sił przez zwiększaniem wysokości.


Nagła zmiana planów wspinaczkowych
Po przerwie ruszyliśmy szeroką, kamienistą i trochę serpentynową drogą w stronę jezior. Jednak już po dwóch ostrych zakrętach doszliśmy do tabliczki ze szlakami. Tam pisało Sattel 1:10 h i tak nam się to spodobało, że tam odbiliśmy – myśleliśmy że zdobędziemy jakiś szczyt, na który dodatkowo prowadzi oficjalny szlak, więc liczyliśmy, że na pewno tam trafimy i się nie pogubimy. 🙂

Dodatkowo do tej drogi przyciągał nas widok ludzi, który gdzieś tam podążali na szczyt – my też tak chcieliśmy jak oni – w końcu tego dnia przydałoby się coś zdobyć, miały być jeziora, a tu się może trafić jakaś fajna górka. 🙂

Tyle że Ci ludzie kierowali się w jakimś dziwnym kierunku i nie do końca to się pokrywało ze szlakiem, który akurat był bardzo wyraźny. Asię również ciągnęło w ich stronę, ale ja byłem nieugięty i nawoływałem ją by szła w stronę znakowanej ścieżki. Także w sumie to przeze mnie nie poszliśmy na tę wielką górę, która się piętrzyła po prawej.

Zdobycie przełęczy i podejście na jej wyższą cześć
W zamian za to około godziny 13 dotarliśmy do płaskiej przełęczy Sattel, do której zaprowadził nas ten znakowany szlak. Po krótkiej przerwie pełnej dużej ilości zawiedzenia podeszliśmy jeszcze kawałek pod górę, do widocznego z przełęczy górnego wypłaszczenia.

Samotne wspinaczka Asi
Kiedy tam się znaleźliśmy Asia od razu zaczęła kombinować nad wspinaczką tym sypkim i długim żlebem prowadzącym w kierunku szczytu. Mi się od razu ten pomysł średnio podobał, ale nie zniechęcałem jej to tego, bo zakładałem, że zawsze tu mogę na nią zaczekać. Było ciepło, więc mogłem w tym miejscu siedzieć i podziwiać jej wyczyny, jak i widoki, które z tego miejsca wcale nie były takie złe. Poza wspomnianymi wcześniej szczytami, od północy można było jeszcze podziwiać Simelihorn i Mattwaldhorn.
Początkowo kiedy była blisko mnie widziałem ją bez większego problemu. Jednak gdy osiągnęła już jedną z bocznych turniczek grani, to momentami miałem problem by ją dostrzec. Żleb, tak jak zakładałem, był mega sypki, co jednak nie było tak widoczne przy wychodzeniu jak przy schodzeniu.
W pewnym momencie zniknęła mi już na tak długo, że już łaziłem po tej rozległem przełęczy, by z innego kąta ją dostrzec, ale nie za bardzo mi się to udało. Podczas gdy ja patrzyłem w miejsca w okolicach grani, ona już schodziła, a raczej zjeżdżała żlebem. 🙂
Jak mi potem mówiła nie udało jej się zdobyć najwyższego punktu na grani – nie chciała tam za bardzo ryzykować bez wsparcia. Natomiast spokojnie tego dnia przekroczyła pułap 3000 metrów. Dopiero później okazało się że, Asia wspinała się na lewe niższe wzniesienie szczytu Äusser Rothorn mierzącego sobie 3147 metrów.


Powrót na przełęcz Sattel
Ponownie na przełęczy i w okolicach tego przewyższenia znaleźliśmy się około godziny 15. Na rozległym wyniesieniu pośród skał i traw zrobiliśmy sobie ostatnią większą przerwę przez zejściem do Saas-Grund. Jak dla mnie ta przerwa była zupełnie niepotrzebna, bo ja taką miałem powyżej przełęczy, kiedy to czekałem aż Asia wyjdzie na górę i z niej zejdzie – natomiast dla niej ona była bezcenna.




Różne typy zejścia do Sass-Grund
Pół godziny później schodziliśmy już z wyniesienia Sattel i robiliśmy to nieco inną drogą od tej, którą wchodziliśmy na przełęcz. Teraz właśnie bardziej schodziliśmy oficjalną wersją szlaku czyli bardziej trzymaliśmy się zachodniego ramienia opadającego z przełęczy Sattel.
Ja schodziłem dosyć szybko, natomiast Asia trochę wolniej, bo trochę obcierany ją buty. W pewnym momencie nawet stwierdziła, że nie zdążymy zejść do Saas-Grund na 18:30 – tak by zdążyć jeszcze na zakupy do sklepu. Potem jeszcze wpadła na pomysł, bym to ja przyspieszył i pierwszy zszedł na naszej miejscowości – wówczas bym zrobił zakupy i na nią poczekał. Tyle, że byliśmy jeszcze za wysoko i nie byliśmy jeszcze na właściwym szlaku zejściowym do Saas-Grund.

Około godziny 16 znaleźliśmy się przy skrzyżowaniu, na którym pierwotnie mieliśmy iść w kierunku jeziorek. Kawałek niżej było Hoferälpji i to właśnie w tej okolicy musieliśmy trafić na odpowiedni szlak/skrót, który miał nas zaprowadzić do naszego głównego szlaku przejściowego, którym wcześniej szła cała nasza grupa. Tam też podczas przerwy na toaletę o mały włos nie skręciłem sobie nogi, bo wpadłem w jakąś pionową dziurę…


Gdy dotarliśmy do właściwego szlaku to Asia już głośno mówiła bym przycisnął i poleciał na dół – w końcu tak zrobiłem i już o godzinie 17:20 byłem na dole. Zrobiłem zakupy i czekałem na nią na przystanku autobusowym w centrum miejscowości. Okazało się jednak, że ona również tu dotarła przed 18:30, więc poszliśmy do sklepu jeszcze raz razem.

Potem czekało nas jeszcze 1,7 km dreptania chodnikami miejscowości, by dotrzeć do naszego hotelu (B&B Haus Granit Saas Grund), który położony był w jej górnej części. Wchodząc do niego zobaczył nas jeszcze przewodnik Piotr i pytał co zdobyliśmy. 🙂